Ta strona wykorzystuje ciasteczka ("cookies") w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Czy wyrażasz na to zgodę?

Czytaj więcej

Margarita Rodnikowa

Margarita Rodnikowa (1932-2025)

Tekst o przyjaźni
Lucjan Piela, Krystyna Jackowska, Jolanta Bukowska, Joanna Sadlej

Doszła do nas opóźniona wojną smutna wiadomość: nie żyje Margarita Nikołajewna Rodnikowa z Moskwy.

A to nasza przyjaciółka, koleżanka, uczona, która udowodniła, że sieć wiązań wodorowych wody zachowuje się jak sprężysta całość ze wszystkimi tego konsekwencjami, że struktura wody jest jednocześnie i sprężysta i labilna, że dostosowuje się do każdej substancji rozpuszczonej, że jest to coś w rodzaju biblioteki molekularnej, z której substancja rozpuszczona „wyciąga książkę” do niej najlepiej pasującą. I w tym wszystkim woda jest we Wszechświecie wyjątkowa. Czy to nie wspaniałe? Tak jak całe życie Rity…

Pracowała w moskiewskim Instytucie Chemii Ogólnej i Nieorganicznej im.Kurnakowa Rosyjskiej Akademii Nauk. Jej dumą było prowadzone przez Nią w tej instytucji przez 45 lat ogólnorosyjskie seminarium na temat właściwości molekularnych wody i wodnych roztworów.

Kiedyś były czasy komuny, ale w nich Polska była szczególna, to był „najweselszy barak w obozie socjalistycznym”. Z tego powodu było wielokrotnie łatwiej jechać z Polski na pobyt naukowy do USA niż do ZSRR. Wyjazdy naukowe do ZSRR były, ale zawsze na krótkie pobyty rzędu miesiąca i zawsze z rozdzielnika formalnej „umowy o współpracy”. Znaliśmy Ritę niemal pół wieku. A zaczęło się od prof.Olega Samojłowa. Samojłow współpracował kiedyś w Moskwie z prof.Zbigniewem Kęckim z naszego Wydziału, a celem pracy Rity w Warszawie w pierwszych dniach naszej znajomości były rejestracje widm Ramana roztworów wodnych, właśnie w laboratorium prof.Kęckiego.

To tam zaczęła się nasza przyjaźń. Jak oddać wyjątkowość samej Rity? Jak podziękować za Jej życie, za Jej uczucie, za Jej kulturę, za Jej pomoc dla wielu z nas? Niech zamiast wielkich słów przemówi kilka migawek z naszych spotkań.

Joanna Sadlej:

Zajmowałyśmy wspólny pokój na Wydziale Chemii UW z prof. Jolantą Bukowską. Wchodzi do nas kobieta uśmiechnięta, przedstawiając się, promieniując radością i zainteresowaniem. Opowiada o swoim laboratorium, w którym pracuje w Moskwie; lecz ja z tego spotkania zapamiętam tylko Jej późniejsze zdanie o spotkaniu: „pod oknem siedzi Joanna z odstającymi uszami”. Tak zaczęła się nasza niezapomniana, wieloletnia przyjaźń. Jej mieszkanie w Moskwie, wysoko na V piętrze, pełno książek, płyt. Odwiedziłam Moskwę i na jednym z seminariów w Jej Zespole naukowym wygłosiłam wykład na temat naszych badań o strukturze wody. Ostatnie lata życia to częste telefony od Rity: o „wodzie” , „o molekularnej dynamice w badaniach fazy ciekłej”, referowanie ostatnich wyników Jej zespołu, ale też coraz częściej o zanikającej Jej energii i gaśnięciu życia. Życia, które w naszej pamięci odnawia się teraz we wspomnieniach.

Lucjan Piela:

Po wszystkim było widać, że Margarita pochodzi z inteligenckiej rodziny, o dużych kulturalnych tradycjach. Rita kochała Polskę, mówiła o niej „maja liubimaja strana”. Kochała nasz kraj ze względu na ludzi, których uważała za szczerych i odważnych. Była w Polsce wiele razy i zawsze starała się do Polski przyjechać, gdy tylko to było możliwe.

Kochała też Moskwę. O Moskwie mogła opowiadać całymi dniami. Żałowała starej Moskwy z jej malowniczymi zaułkami. Pokazała mi parę takich zaułków, które turyści nieświadomie omijają. Ku mojemu zdumieniu ochrona zabytków była jakąś sprawą niebezpieczną dla ludzi spontanicznie się nią zajmujących. Opowiadała mi Margarita, że gdy przeznaczono do wyburzenia jakieś domy, to ona wraz ze znajomymi samorzutnie i wbrew władzom zajęła się obfotografowaniem i wymierzeniem detali. W nadziei, że kiedyś, może kiedyś, ludzie zmądrzeją i wyburzenia pożałują, a wtedy zrobione pomiary będą bezcenne.

Chyba to było w roku 1974, Uniwersytet w Kiszyniowie czy tamtejsza placówka Akademii Nauk (dawniej ZSRR, teraz Mołdawia), zorganizowała wszechzwiązkową konferencję z chemii kwantowej. Postanowiliśmy pojechać tam we trójkę: Włodzimierz Kołos, Andrzej Sadlej i ja.   Od razu pojawiły się dalsze trudności: nie ma dla nas w Moskwie hotelu. Dopiero nadzwyczajne interwencje poprzez znajomości Margarity w Radzieckiej Akademii Nauk zdziałały cud – hotel się znalazł. Musieliśmy jednak kupić bilety do Odessy, no bo w Kiszyniowie po prostu nie ma lotniska, a tam miał na nas czekać przysłany z Kiszyniowa samochód. Na drugi dzień jedziemy na lotnisko. Mamy surowo przykazane przez Margaritę, aby nie odzywać się i udawać Rosjan. Słyszymy, jak właśnie zapowiadają przez megafon lot do …Kiszyniowa. Chodzi o to, że lotów do Kiszyniowa nie ma, ale …dla nas nie ma. Tam jest lotnisko wojskowe i szpionów od niego trzeba trzymać z daleka. Gruba służbowa żenszczyna brutalnie rozdziela i pacyfikuje pasażerów – to zjawisko w Polsce nieznane („obsobacza, bo ma prawo obsobaczać”), ale my, jak i pozostali radzieccy pasażerowie, potulnie znieśliśmy zniewagi zgodnie z przykazaniem Rity, przeszliśmy i …udało się. Dzięki Margaricie.

Byłem potem jeszcze raz w ZSRR (Moskwa). Teraz wiem, że już nigdy do Rosji nie pojadę. Przerwę tę wypełniła w latach osiemdziesiątych moja siostra, która do Moskwy często służbowo jeździła w zwiazku ze swoją pracą w Ministerstwie Przemysłu Lekkiego. Spotykały się regularnie z Margaritą, chodziły do teatru, zwiedzały Moskwę, cerkwie, Marysia została jej przyjaciółką. Pewnego razu w październiku 1985 roku ktoś zatelefonowal do Margarity, że Marysia przyjedzie za tydzień. Rita kupiła bilety do teatru, ale Marysia nie przyjechała. Nie zdziwiło to Rity, bo wiedziała od jak wielu czynników przyjazd zależy. Ale pewnego razu w metrze spotkała ich wspólną znajomą. Tamta najpierw długo jej o czymś opowiadała, a na odchodnym zapytała, czy wie o …śmierci Marysi. Margarita długo płakała samotnie w moskiewskim metrze… Taka była nasza Margarita.

Krystyna Jackowska:

Do Moskwy po raz pierwszy pojechałam w 1973 roku w ramach wymiany naukowej, na prawie trzy miesięczny staż. Jechałam pełna obaw. Byłam jednak wyposażona przez naszego ” dobrego duszka” Joannę Sadlej w list polecający do Rity. Zgłosiłam się z listem i tak zaczął się wspaniały okres mojego życia, który zaowocował wieloletnią przyjaźnią i traktowaniem mnie przez Ritę jak członka rodziny. Podczas tego pierwszego pobytu były wieczorne i nocne „progułki” (spacery) pełne rozmów i recytowania przez Ritę poezji. Było dużo więcej. Pamiętam muzea i mój zachwyt ikonami. Pamiętam nielegalną wyprawę do Smoleńska i pobyt u Kazimiry, starej nauczycielki Rity, potomkini polskiej rodziny Sybiraków. Pamiętam „tajną” wizytę z Ritą w skromnym mieszkaniu u starej Rosjanki, żony nieżyjącego dyplomaty i jej opowieść o życiu w sowieckim łagrze. Pamiętam ryzykowną wyprawę do XIX-wiecznego drewnianego domu, mam nawet pamiątkę z tego domu, kawałek ozdobnego kafla. To była inna Rosja, którą dzięki Ricie poznawałam także podczas następnych pobytów w Moskwie. Potem nastąpiła polityczna odwilż – pierestrojka, łatwiej się było poruszać po Rosji. Pamiętam tamte wycieczki: rejs Wołgą do Jaroslawia i wspaniałe cerkwie tego miasta, zabytki Petersburga, kompleksy prawosławne Włodzimierza, Zagorska. Rita kochała Rosję i chciała nam pokazać, że istnieje też inna Rosja, jej Rosja.

Jolanta Bukowska:

Wizyty naukowe Margarity w UW przynosiły nie tylko owoce naukowe, lecz także zostawiły trwały ślad w naszych relacjach osobistych.

Margarita, zwana przez nas Ritą, miała niezwykłą osobowość. Życzliwa ludziom, bezpośrednia i serdeczna szybko zaprzyjaźniała się.  Bywała w naszych domach, interesowała się naszymi rodzinami, dziećmi i wnukami.  Nigdy nie zapominała o obchodzonych przez nas świętach i rocznicach. W tym roku  telefon z Moskwy nie zadzwoni  w czasie rodzinnej kolacji wigilijnej  w moim domu, po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat…

Rita była ciekawa ludzi, ale też historii Polski, którą poznawała z długich opowieści mojego męża, goszcząc w naszym domu. A nam rewanżowała się interesującymi opowieściami o Rosji, dawnej i obecnej. Do tej pory pamiętam jej wspomnienia z moskiewskiej „komunałki”, w której mieszkała w jednym pokoju z rodzicami przez wiele lat, dzieląc kuchnię i łazienkę z kilkoma innymi rodzinami, zakwaterowanymi w pozostałych pokojach. Opowieść okraszona była wierszem jednego ze znanych współczesnych poetów radzieckich. Ricie zawdzięczam także poznanie Moskwy, Zagorska i podmoskiewskiej miejscowości Pierediełkino, gdzie swoje dacze miała moskiewska inteligencja.

Rita był pełna pasji zawodowej i mimo, że dawno przeszła na emeryturę, to starała się pracować do końca swojego długiego, bardzo aktywnego życia.

***

Rita mówiła jeszcze niedawno przez telefon, że największym Jej marzeniem jest przespacerować się po Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, a potem odwiedzić kościół św.Marcina na Starym Mieście. Wiedziała, że to już tylko marzenia, marzenia o Jej Warszawie.

Pamięć o Ricie, żal, smutek, że Jej nie ma, zostaną z nami na zawsze… Niech Jej miłość do Polski żyje także w zbiorowej pamięci naszego Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego.